wtorek, 7 kwietnia 2015

Bzzz, bzzz.

Źródło: Lubimy czytać.


M.:

Książka świąteczna, wchłonięta pomiędzy gryzem sernika, a kolejnym jajkiem, to: "Sekretne życie pszczół" Sue Monk Kidd.

Czasem człowiek potrzebuje lżejszej lektury, która nie wstrząśnie, nie zmieni światopoglądu, nie zmusi do wylania morza łez. Opowieści, która będzie lekką, łatwą i przyjemną. Potrzebuje dmuchanego balonika, dzięki któremu będzie się wydawało, że zaczyna się unosić w powietrze, mimo iż stopy nadal tkwią na ziemi. I to jest właśnie taka książka.

Książka o przyjaźni, miłości, poszukiwaniu siebie, swoich korzeni oraz życiowego celu. Przepis na sukces? Ależ proszę, dodajmy do tego Amerykę z jej gorącymi latami 60. i wprowadzeniem prawa do głosowania dla czarnoskórych. Voila! Otrzymujemy pachnącą miodem pozycję :)

Lektura jest prosta i niewymagająca, ale nie należy do rasowych "odmóżdżaczy"*. Być może składa się ona z wytartych toposów, ale cóż z tego. Ludzkość lubi toposy. Przyjrzyjmy się:
 1) biała dziewczynka przyjaźni się z czarnymi kobietami - historia pokazuje, że w przyjaźni nie obowiązują granice wieku, pochodzenia czy koloru skóry.
2) dziewczynka wyrusza, aby dowiedzieć się czegoś o swojej matce - człowiek jest istotą potrzebującą swoistego zakorzenienia, posiadania wiedzy o swoich przodkach, co pomaga mu kształtować swoją tożsamość.
3) dziewczynka zakochuje się w Murzynie - keine grenzen! Jednakże historia wspaniale ukazuje stereotypy, które zagnieżdżone w naszych umysłach wychodzą na świat nieuświadomione: "Nie sądziłam, że kiedykolwiek spodoba mi się Murzyn. W szkole wyśmiewaliśmy się z murzyńskich nosów i ust" - myśli Lilly, sama zadziwiona swoim uczuciem.

Widzimy tu pewną przewidywalność, lecz mimo tego, czytanie tej historii jest słodką przyjemnością. Miodzio... Mniam.



*Odmóżdżacz - książka, która jest czytana w celu osiągnięcia stanu psychicznej nirvany. Zazwyczaj czytelnik prędzej by ją zjadł niż przyznał się do jej przeczytania :)

piątek, 3 kwietnia 2015

Wszystko albo nic




Okładka książki Wszystko za EverestM.:

Hop, siup, kolejny wpis -  łup! Jak widać, wpisy nie dają się regulować Księżycowi, który włada pływami morskimi. O nie, one pojawiają się zupełnie niespodziewanie - chytrze wyłaniają się spomiędzy przeczytanych stron i przybierają swą nową, cybernetyczną formę.


Niniejsza notka dotyczyć będzie książki Jona Krakauera "Wszystko za Everest". Wypływa ona z mojej wręcz chorobliwej pasji pochłaniania książek o tematyce górskiej. Sięgnęłam po nią z niewielką ciekawością - w końcu tragedia z 1996 roku jest powszechnie znana, co jakiś czas przypominana w mediach odnośnie kolejnego zdobycia szczytu itd. Początkowo historia mnie nie porwała... Autor szeroko opisuje tło całego zdarzenia, historię wejść na Matkę Gór, pierwszych zdobywców... Ot, ciekawostki. Jednakże później... Później, moi drodzy, napięcie wzrasta wprost proporcjonalnie do liczby przeczytanych stron; człowiek dosłownie przykleja się do lektury, pożera wyrazy, łyka rozdziały! I nie przestaje, dopóki nie dotrze do ostatniego zdania. Doprawdy, Krakauer mistrzowsko poprowadził narrację - mimo iż czytelnik wie, jak skończy się ta historia, to nie potrafi się od niej oderwać. 

Autor stara się obiektywnie przedstawić wydarzenia, które doprowadziły do tragedii; precyzyjnie je opisuje, następnie analizuje, biorąc pod uwagę punkty widzenia poszczególnych uczestników. Z pewnością było to niemożliwie trudne - sama mordęga wspinaczki może być traumatycznym przeżyciem, a co dopiero tak bliskie doświadczenie wielu śmierci. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że pisanie książki było dla autora formą terapii... Wielki szacunek dla niego za podjęcie się tego zadania. 

Od jakiegoś czasu zastanawiałam się nad własną potrzebą czytania tego typu książek. Sama się nie wspinam. Nie jestem tak twarda, brak mi samozaparcia. Prawdopodobnie na tym polega magnetyzm książek o górach - ludzie, którzy się wspinają, dążą do szczytu w sposób  bezkompromisowy; są tytanami motywacji i poświęcenia, łowcami marzeń. Ich siła i pasja przyciągają i fascynują. Wspinacze są twardymi ludźmi, skoncentrowanymi na sobie i swoim celu; wyróżnia ich zrozumiały egoizm - bez niego nie byliby w stanie robić tego, co robią. I tylko gdy ten egoizm przekłada się na nie udzielenie pomocy umierającym ludziom, bo "na wysokości ponad 8 tys. m n.p.m. moralność nie obowiązuje", zaczynam się zastanawiać czy warto oddać WSZYSTKO za zdobycie szczytu. Nawet człowieczeństwo. 

środa, 4 marca 2015

Myślisz, że znasz mnie ze złej strony? To poznasz z gorszej.

M.:
 
Po "Najgorszego człowieka na świecie" M. Halber sięgnęłam przypadkiem, bo otrzymałam ją od Dobrej Duszy W Adidasach. Nie miałam pojęcia, o czym jest ani kto jest za to dzieło odpowiedzialny. Przyciągnął mnie tytuł... Chyba nie ma człowieka, który chociażby raz w życiu nie czuł się najgorszy na świecie.

Okładka książki Najgorszy człowiek na świecie
Źródło: Lubimy czytać.
To książka o nałogach: przyczynach sięgania po używki, o cichym rozwoju nałogu, wydarzeniu go uświadamiającym, walce, potknięciach... Jedna z wielu podobnych historii. Mimo to, wywarła na mnie dosyć mocne wrażenie. Motywem przewodnim jest WSTYD. Uczucie przytłaczające, wgniatające w grunt, odzierające z woli działania i poczucia wartości. Zarazem słuszne, ponieważ uczy pokory. Moją uwagę przyciąga jednak niszczycielska siła tego uczucia. Gdy się wstydzimy, sięgnięcie po używki jest najprostszym sposobem na eliminację wstydu. Odczuwając wstyd ograniczamy swoją ekspresję, dzięki czemu możemy pomachać do życia mijającego nas szerokim łukiem. Ludzie często się wstydzą, że w nowej sytuacji czy grupie zrobią coś niewłaściwego i inni ich wyśmieją/nie polubią/uznają za głupków (właściwe podkreślić). Często, wzorem autorki, nie uznają ogólnoludzkiego prawa do błędu, w związku z czym w momencie popełnienia błędu ich poczucie własnej wartości smętnie kwiczy (jeśli uda mu się przeżyć). 

Autorka porusza również wątek rozmów międzyludzkich. Ha, rozmowy międzyludzkie stają się czymś naprawdę osobliwym i unikatowym. Wszyscy mogą mówić o polityce (w tym kraju po kieliszku co drugi przeistacza się we wziętego polityka), pogodzie, modzie, celebrytach, sąsiadach czy o życiu, które "takie jest". A ilu potrafi wygrzebać te słowa, które odziewają pragnienia schowane na dnie duszy? 

Właśnie z tych powodów książka przypadła mi do gustu - porusza ważne aspekty naszego funkcjonowania w świecie, zachęca do refleksji. Język nie należy do wybitnych, nie ma tu majstersztyków językowych Zafona, ale jest to język, jakim każdego dnia posługują się młodzi ludzie. Dużo wulgaryzmów i nieskomplikowanych zdań, często zawierających duży ładunek emocjonalny - prawdziwość wycieka spomiędzy stron.

sobota, 28 lutego 2015

Co za czasy! Książka w pudełku!


M.:

Źródło: Amazon
Chyba mam dni płodne. Kolejny post. Jednak tym razem nie będzie o książkach, a o technologiach – czytnikach.

Przyznam szczerze, że nigdy się nimi nie interesowałam, bo ode mnie technika ucieka w popłochu, baterie dostają nóg, a kable skrętu swych miedzianych wnętrzności. Jednakże za sprawą Aniołów W Adidasach taki czytnik Kindle, chcąc nie chcąc, trafił w moje ręce.
I pokochałam go miłością straszliwą! Zaborczą, bo sztyletami spojrzeń przebijam każdego, kto na niego spojrzy; miłością przeklętą, bo każdy, komu przejdzie przez myśl, żeby go pożyczyć, język drętwieje, a usta zarastają. Przyznaję, oszalałam na jego punkcie! Podać powody? 

Proszę bardzo:
- jest leciutki, mogę zabrać wszędzie – precz z dźwiganiem tobołów!
- mam dostęp do nieograniczonej ilości książek – czytam nowsze książki, które dopiero co się ukazały; CZYTAM WIĘCEJ! CZYTAM WSZYSTKO!
- ponieważ ilość dioptrii, które posiadam jest tylko czterokrotnie mniejsza niż moja masa ciała – nie męczę oczu. W każdej chwili mogę zmienić wielkość czcionki, aby moje upośledzone oczęta nadal cieszyły się lekturą;
- mogę się uczyć języka obcego – czytam sobie książkę po angielsku, a gdy nie rozumiem jakiegoś słowa, podglądam definicję we wbudowanym słowniku.

Wiem, wiem… Czytnik nie pachnie. Nie posiada ręcznie napisanych notatek. Ale i tak go uwielbiam! To kolejna rzecz na mojej prywatnej liście Najgenialniejszych Rzeczy Stworzonych Przez Człowieka.

Wielki come back i to po angielsku

M.:

Ta-daam! Oto ja, jedna z trzech milczących autorek tego bloga! Któż wie, nasi liczni czytelnicy, może pozostałe dwie niewdzięcznice również wezmą się w garść? Podzielą się refleksjami powstałymi w skutek aktu czytania zamiast lubieżnie i chytrze zatrzymywać je jedynie dla siebie?
 
Źródło: Wikipedia
Moja skromna osoba chciałaby Wam przedstawić książkę znaną najprawdopodobniej ze względu na film o tym samym tytule – „Boy in striped pyjamas”. W ramach samodoskonalenia sięgnęłam po tę książkę napisaną w języku angielskim. Jakże miłe było moje zaskoczenie, gdy po pierwszych rozdziałach zorientowałam się, iż nie muszę sięgać do słownika! 

Historia dzieje się w trakcie II wojny światowej i  opowiada o chłopcu, który musiał wraz z całą rodziną przenieść z Berlina do nowej miejscowości ze względu na pracę ojca. Tam, nie mając nikogo do zabawy, wzorem bohaterów z książek przygodowych, zaczyna „odkrywać”. A pierwszą rzeczą, jaką odkrył, jest płot, odgradzający go od chat i mieszkających tam ludzi. Ludzi o dziwnym guście, bo nieustannie chodzących w pasiastych piżamach. A jeden z „pasiaków” zostaje jego najlepszym przyjacielem.

Powieść jest napisana bardzo prostym językiem, autor często stosuje powtórzenia całych zdań, dzięki czemu odnosi się wrażenie, że pisał to dziesięcioletni chłopiec. Bardzo podobały mi się pewne niedopowiedzenia słowne, jak np. nazwa miejscowości, do której musiał się przenieść główny bohater, Bruno – „Out-with”. Siostra go kilkukrotnie poprawiała, ale autor nie napisał bezpośrednio, że chodzi o „Auschwitz”. Ta prostota prawdopodobnie raziłaby mnie po oczach, gdybym czytała tę książkę po polsku, a tak znacznie ułatwiła mi lekturę i sprawiła, że nie była ona męczarnią. 

Polecam tę książkę:
- w języku polskim – 13-15latkom
- w języku angielskim – osobom na poziomie B2.

Choć tak naprawdę chyba wszystkim… Nie wiem, czy też tak macie, że po przeczytaniu książki o tematyce wojennej czujecie ulgę, że urodziliście się w lepszych czasach. Wdzięczność za to, co posiadacie. I stajecie się bardziej wrażliwi na drugiego człowieka. A tego nigdy nie będzie za dużo.

wtorek, 23 kwietnia 2013

Idealny prezent na Światowy Dzień Książki - "Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ - Południe"

P.:
 
Dziś przypada Światowy Dzień Książki. Warto uczcić go recenzją świetnej lub też jakiejkolwiek książki, czy jakąkolwiek recenzją :)
Jako, że, jak już wspomniałam, rozczytuję się z lubością w fantastyce, zrecenzuję książkę z tego gatunku.
"Opowieści z Meekhańskiego pogranicza" Roberta M. Wegnera pretendują do mojej ulubionej serii książek fantastycznych. Spoglądam właśnie na swoją biblioteczkę, a tam widzę dzieła takich autorów jak: Ursula Le Guin, Tolkien, Lewis, Lawhead, Martin. Zacnie, zacnie... jednak właśnie "Opowieści..." czytam obecnie po raz czwarty i ponownie nie mogę się od nich oderwać... To coś znaczy (szczególnie dla mnie:). Wciskam te książki każdemu, kto zdradza w mojej obecności choćby cień zainteresowania literaturą, czy temu, kto od niechcenia rzuci przy mnie nieopatrznie słowa "Nie mam co czytać". Cytując Piotra Żyłę "He he he", już jesteś mój i chcąc nie chcąc będziesz musiał przeczytać "Opowieści"! Ostatnio udało mi się "zmusić" do przeczytania serii moją przyjaciółkę, która zastrzegła, że nie lubi fantastyki i nie chce czytać nic o jakiejkolwiek przemocy. Hmmm... Świat Meekhanu jest oczywiście pełen magii i dziwnych postaci, no i trzeba otwarcie powiedzieć, ocieka przemocą... Niemniej jednak moja przyjaciółka, po przeczytaniu ostatniego tomu, przybiegła do mnie z rozpaczliwym zapytaniem "Kiedy wyjdzie następny?".
Przejdźmy do rzeczy.
Pierwszy tom serii otwierają "Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ - Południe". Dwa ostatnie słowa wyznaczają nam dwie części książki. W pierwszej poznajemy północ dzięki Górskiej Straży, a dokładniej dzięki Szóstej Kompanii Szóstego Pułku,  pod dowództwem młodego porucznika o ciekawym imieniu Kenneth-lyw-Darawyt. Już od początku musimy się przyzwyczaić do obco brzmiących imion i nazw, które odczytujemy w zasadzie według własnego widzimisię, gdyż nie ma żadnej wykładni języka, czy fonetycznej transkrypcji. Dlaczego tak jest? Mam swoje podejrzenia, ale o tym później.
Porucznik Szóstek jest dowódcą ledwie od roku, ale w działaniu kieruje się inteligencją, logiką (co nie jest takie oczywiste wśród rządzących, jak wiemy), dobrem swego oddziału oraz oczywiście rozkazami. Jego podwładni, z małymi wyjątkami, nie ufają mu, bo jak tu zaufać nieopierzonemu oficerowi? Jedynym jego atutem są rude włosy, gdyż wszyscy wiedzą, że góry lubią czerwonowłosych. Sympatia gór wobec tego, co się w nich czai jest bardzo istotna. Może ocalić życie. Każda z opowieści północy, to historia, w której Szósta Kompania wykonuje jeden z rozkazów dowództwa, a te coraz częściej stawiają Szóstki wobec wielkiego niebezpieczeństwa, grożącego im ze strony ludzi, pomiotników, obcych plemion, czy czarodziei z przeróżnych gildii. Tam, gdzie interesy wszystkich się zbiegają, tam musi wybuchnąć moc i polać się krew. Nie będę przytaczać szczegółów fabuły jakiegokolwiek opowiadania, by nie odbierać ogromnej przyjemności czytania każdej strony.
W drugiej części "Opowieści..." znajdujemy się na południu Meekhanu w domu bogatego kupca Aerina ker Noel. Jest on ojcem dwójki nastolatków Eratha i Isanell i mężem Ellandy. Rodzice żony, a także kuzyni zostali wymordowani przez Issarów. To koczowniczy lud o dziwnych zwyczajach, korzeniami swymi i historią sięgający daleko poza historię Meekhanu, aż do czasów wojen bogów. Dla nich legendy o nieśmiertelnych i cesarzach są prawdą, są historią, którą pielęgnują, by przekazać dalszym pokoleniom. Lud Issaram to najlepsi wojownicy w imperium, biegli w każdej sztuce walki i znający każdy rodzaj broni. Wierzą, że spojrzenie ludzkie jest w stanie odebrać duszę. Noszą więc wśród obcych zasłony na twarzy, gdyż ktokolwiek ujrzy twarz Issara, musi umrzeć. Kupiec Aerin podczas jednej ze swych handlowych podróży otrzymuje propozycję wynajęcia młodego wojownika do ochrony swojego domu. Korzysta z niej, gdyż sama obecność Issara podnosi jego prestiż i często ułatwia negocjacje handlowe. W takich okolicznościach poznajemy Yatecha, owego młodego wojownika, o twarzy ukrytej za ekchaarem. Jest opanowany, spokojny, cierpliwy i małomówny, niedościgniony w walce, podczas której często wpada w trans khaan's. Wówczas jego miecze zamieniają się rozświetloną błyskami plamę, co jest rzadkością nawet wśród jego ludu. Opowieści południowe to strona po stronie historia Yatecha, dzika, piękna i tragiczna zarazem. Wiedzie ona do spotkania z osobą, która jest poszukiwana w całym Imperium. Osoby obdarzonej mocą tak wielką, że może odmienić losy całego kraju. W jej oczach, jak określiła mała dziewczynka, rozlał się obłęd i coś obcego, jaszczurzego i jadowitego.
Cóż powiedzieć więcej, by nie zdradzać choć cienia arcyciekawej fabuły każdego z opowiadań? Jeśli jeszcze nie czujecie się zachęceni, dodam jeszcze kilka słów wyjętych wprost z książki. Są to jej ostatnie zdania, nie zdradzają niczego z fabuły, więc mogę sobie na to pozwolić. "Chwiejnie, jak w koszmarze, dochodzi do wyłamanej futryny i wygląda na korytarz. I zaczyna krzyczeć". Czy naprawdę nie masz ochoty przeczytać dlaczego? He he he....
"Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ - Południe" to opowiadania o honorze i wierności, o przyjaźni i bohaterstwie, o prawdziwych wartościach, którymi chcemy się kierować w życiu, ale nie zawsze nam to wychodzi. Jest to książka napisana przez Roberta M. Wegnera z wielkim rozmachem, a zarazem bardzo plastycznie. Bohaterowie są bardzo spójni i realistyczni (na ile można to powiedzieć o postaciach ze świata fantasy:), wzbudzają w czytelniku całą gamę emocji, od gniewu, przez wzruszenie do mimowolnego uśmiechu. Ostatnio w fantastyce panuje trend, by książki tego gatunku zawierały w sobie bogate, częste i szczegółowe opisy erotyczne, ocierające się o pornografię. Na szczęście pan Wegner nie idzie w tę stronę, jeśli coś więcej łączy bohaterów, niż słowny flirt, to autor opisuje to tak, że wiemy, co ich łączy. Jeśli bandy zbójeckie gwałcą, to nie musimy czytać o szczegółach owych gwałtów. "Opowieści..." nie muszą wabić czytelników erotyką, fabuła jest tak pochłaniająca, że nie potrzeba jej tanich chwytów rodem z "Pieśni Lodu i Ognia". Fanów "Gry o tron" proszę o wyrozumiałość. Dzieło życia Martina jest świetną fantastyką, pod wieloma względami, wciągające niczym czarna dziura, jednak niemal pornograficzne opisy pojawiające się coraz częściej na stronach jego książek działały na mnie bardzo zniechęcająco. Jednak, jeśli ktoś bardzo chce poczytać o masturbujących się co rusz kobietach, gwałtach przedstawionych nazbyt realistycznie i nazbyt często, to oczywiście "Pieśń Lodu i Ognia" spodoba mu się także pod tym względem. Jednak za brak takich opisów, jestem osobiście wdzięczna panu Wegnerowi. Pełno natomiast w "Opowieściach..." obcych imion i nazw, które nie pochodzą ze znanych nam języków. Myślę, że autor użył tego zabiegu na wszelki wypadek, gdyby seria miała być przetłumaczona na inne języki... Być może to tylko moje domysły, ale życzę tego z całego serca, zarówno autorowi, jak i czytelnikom, gdyż warto, aby świat Meekhanu poznała jak największa rzesza odbiorców.

środa, 27 marca 2013

Jeśli macie czas, to przeczytajcie. Jeśli nie macie, to też przeczytajcie.

M.:
Krótka historia czasu - Stephen William Hawking

Pierwsza moja lektura tego typu. Najpierw w ramach wprawki obejrzałam program o autorze, znaleziony na YT. Nie mam pojęcia, czy Hawking nie był czasem gloryfikowany w tym programie; nie obchodzi mnie to nic a nic. Według mnie człowiek, który mimo wyroku spowodowanego chorobą walczy, który nie popada w apatię i bierność - zasługuje na najwyższy szacunek. I taką też estymą darzę niniejszego fizyka. A teraz koniec z czołobitnością w stosunku do tego pana, nie chcę mieć na pieńku z jego żoną ;)

Książkę przeczytałam, ale mimo tego faktu nie czuję się uprawiona do wypowiadania się na jej temat... A to z tego powodu, iż prawdopodobnie zrozumiałam nie więcej niż 1/10 treści (jakbym zrozumiała wszystko, poznałabym myśli boga - takie małe nadużycie cytatu:) Hawking doprawdy łopatologicznie tłumaczy podstawy fizyki, których niestety ja nie jestem w stanie ogarnąć swym maciupeńkim móżdżkiem mimo usilnych starań. W "Krótkiej historii czasu" można natknąć się na smakowite kąski w postaci ciekawostek dotyczących kulisów odkryć fizycznych lub ich twórców, co naprawdę uprzyjemnia lekturę.

To moje niezrozumienie treści wywołało jednakże niepowstrzymaną falę refleksji. Nie zrozumiałam, bo:
1) mój mózg jest wielkości ameby, składa się z jąderka pluskającego się w cytoplazmie i odpowiada jedynie za podtrzymywanie funkcji życiowych,
2) jak byłam mała, dostałam młotkiem w głowę, a uderzenie na stałe uszkodziło płaty mózgowe odpowiadające za rozumienie zjawisk fizycznych,
3) mamy w Polsce jałowy system szkolnictwa.

Szkoda, że nie możecie poczuć frustracji, która toczyła me ciało niczym czerw piaski pustyni na Diunie! Dostawałam szału nie mogąc pojąć podstawowych pojęć. Czy po 7 latach od skończenia liceum naprawdę nic nie pamiętałam z lekcji fizyki? Otóż - nic. Czy gdzieś w naszym kraju znajduje się szkoła, w której lekcje fizyki prowadzone są w ciekawy sposób? Jak się znajdzie jedna, dajcie adres. W polskich szkołach fizykę przedstawia się w sposób tendencyjny, całkowicie oderwany od praktyki; zazwyczaj poznaje się ją jedynie drogą teoretyczną, co czasem może utrudniać, a nawet uniemożliwiać zrozumienie nastolatkom, których myślenie abstrakcyjne jest w fazie kreacji. A potem wszyscy się dziwią, czemu mamy samych humanistów... Nie ma w tym nic szczególnego, jeśli zważy się na fakt, jak niezwykle skutecznie zniechęca się do nauk ścisłych. 


Ale, ale... Czemu sięgnęłam po tę książkę, skoro już na starcie miałam pewność, iż przekracza ona moje zdolności poznawcze? Z prostego powodu - z ciekawości. Chciałam się dowiedzieć, jak funkcjonuje miejsce, w którym przyszło mi wieść egzystencję. Czemu ta egzystencja jest właśnie taka? Co wpłynęło na jej kształt? I będę gorąco polecać tę pozycję wszystkim, ale to wszystkim! Dzięki niej odkryłam rodzaj magii, o którego istnieniu nie miałam pojęcia! To nie jest magia rodem z powieści fantasy, nie spotka się tu efów, smoków czy trolli jedzących zupę z cebuli i tych pierwszych wymienionych ;) Można jednak natknąć się na tajemnicze siły, których zazwyczaj nie zauważamy, przyzwyczajeni do ich obecności. Siły, poprzez które nasz świat wygląda, jak wygląda; cząstki, które istnieją, ale nie można ich zważyć ani zaobserwować bezpośrednio; fale, kwanty, kwarki, grawitony - moje uszy odbierają te słowa jako zaklęcia wypowiadane w nieznanym języku. Pozwolę się posłużyć słynnym internetowym cytatem, który bezustannie towarzyszył mi podczas czytania: "Pszszsz... Mózg rozjebany!" (wybaczcie wulgaryzm!)


Lektura ciężka dla "fizycznych" ignorantów mnie podobnych. Warto jednak włożyć troszkę wysiłku i spróbować pojąć choć część "Krótkiej historii czasu". W zamian można zyskać nową perspektywę, zatracić to ludzkie zadufanie w sobie i zbytnią pewność siebie, bo tak naprawdę jesteśmy tylko mikroskopijnym pyłkiem na planecie podobnej do małej niebieskiej kropki.

Tako rzekłam ja ;)